Czesc3
Nazajutrz składaliśmy oficjalną wizytę u każdego z czterech ministrów. W ich rękach spoczywa najwyższa władza w Tybecie i podlegają tylko regentowi. Trzej z nich są dostojnikami świeckimi, czwarty jest mnichem. Wszyscy pochodzą z arystokratycznych rodów tybetańskich i mieszkają w okazałych domach.
Długo zastanawialiśmy się, któremu należy najpierw złożyć wizytę. Wypadało właściwie zacząć od ministra – mnicha. Spodziewając się jednak, że największe zrozumienie znajdziemy u najmłodszego, postanowiliśmy bezceremonialnie zacząć od Surkhanga, który miał 32 lata i uchodził za najbardziej postępowego ministra.
Minister Surkhang osobiście wyszedł nam na spotkanie, powitał nas serdecznie i natychmiast poczuliśmy wzajemną sympatię. Niebawem zaskoczył nas swoją wiedzą o wydarzeniach na świecie. Zaprosił nas na wspaniały obiad, a pod koniec wizyty żegnaliśmy się jak starzy znajomi.
Następnie udaliśmy się do ministra Kapszöpy. Był to człowiek sporej tuszy, zachowywał się jak osoba świadoma należnego mu szacunku i przyjął nas dość wyniośle. Siedział na tronie, łaskawie czekając aż podejdziemy i złożymy pokłony, po czym wskazał przygotowane dla nas krzesła i zarzucił nas potokiem frazesów. Dla zwiększenia efektu zaczynał w odpowiednich momentach głośno chrząkać i służący natychmiast podsuwał mu pod usta małą złotą spluwaczkę. To był szczyt pozerstwa. Wprawdzie w Lhasie spluwanie jest rzeczą powszechnie przyjętą i spluwaczkę można znaleźć przy każdym stole, to jednak podsuwanie spluwaczki pod usta – tego już doprawdy za wiele!