Tego człowieka nie dało się „rozgryźć” przy pierwszym spotkaniu. Postanowiliśmy więc zachowywać się biernie, byliśmy niemniej uprzejmi i w przepisowej postawie piliśmy ceremonialną filiżankę herbaty. Ponieważ pan Kapszöpa nie przewidział, że możemy znać tybetański, zaprosił w charakterze tłumacza swojego bratanka, który z racji znajomości angielskiego zatrudniony był w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Później wielokrotnie mieliśmy z nim do czynienia. Był on typowym przedstawicielem młodego pokolenia, kształconego w indyjskich szkołach, z głową pełną reformatorskich projektów dla Tybetu. Jednakże obecnie nie odważyłby się zjednywać konserwatywnych mnichów dla swoich idei. Pewnego razu, gdy znaleźliśmy się sam na sam, pozwolił sobie na uwagę, że mamy z Aufschnaiterem pecha, przybywając do Lhasy o kilka lat za wcześnie; gdyby on i kilku młodych arystokratów dzierżyli teki ministrów, mielibyśmy pełne ręce roboty... Rozstawszy się wreszcie ze zdawkowymi uprzejmościami Kapszöpy, ujrzeliśmy w holu tłum ludzi o wylęknionych twarzach, przybyłych tu z różnymi prośbami i czekających z prezentami na audiencję. Natomiast minister mnich rezydujący przy ośmiokilometrowej ulicy pielgrzymek, zwanej Lingkorem, przyjął nas o wiele skromniej. Nie był już pierwszej młodości. Miał krótką białą brodę, z której był bardzo dumny, ponieważ broda w Tybecie należy do rzadkości. Mówił jasno, zwięźle, rzeczowo i, w przeciwieństwie do innych, unikał wyrażania jednoznacznych opinii.