Pünkhang, jako potomek rodziny jednego z dalajlamów, szczycił się bardzo swoim pochodzeniem – wskazując na jeden z wielu świętych posążków na ołtarzu objaśnił, że przedstawia on Boskiego Króla urodzonego w rodzie, z którego i on pochodzi. Z biegiem czasu poznałem także synów Pünkhanga. Najstarszy był gubernatorem w Gyance. Bardziej interesująca była jego żona, księżniczka z Sikkimu, z pochodzenia Tybetanka. Była to jedna z najpiękniejszych kobiet, jakie kiedykolwiek widziałem, posiadająca ten niewypowiedziany wdzięk kobiet Azji – odbicie prastarej kultury wschodu. Równocześnie była kobietą nowoczesną, mądrą i wykształconą w najlepszych szkołach Indii. Była pierwszą kobietą w Tybecie, która odmówiła poślubienia równocześnie braci swojego męża, ponieważ to nie odpowiadało jej poglądom. Można było z nią prowadzić konwersację jak z najświatlejszą damą europejskich salonów. Interesowała się kulturą, polityką i wszystkim, co działo się w świecie. Często rozmawialiśmy na temat równouprawnienia kobiet... Ale do tego daleko jeszcze w Tybecie. Żegnając się z Pünkhangiem i jego żoną poprosiliśmy, aby i on zechciał poprzeć nasze starania o pozwolenie na pobyt w Tybecie. Podobnie jak inni obiecał oczywiście uczynić wszystko, co tylko będzie w jego mocy. Przebywaliśmy jednak w Azji dostatecznie długo, by wiedzieć, że tutaj nigdy nie pada wyraźnie słowo „nie”. Wydalenie z Tybetu zawsze było możliwe, i co wtedy? Czy znowu znaleźlibyśmy się w Indiach, za drutami?