Czesc9
W każdym razie gradobicie uznano za karę boską, zesłaną za uprawianie tego niecnego sportu, i boisko zostało zlikwidowane.
Nawiązując do tej historii zapytaliśmy przyjaciół, czy rzeczywiście istnieją lamowie, którzy posiedli moc powstrzymywania gradu i burz. Tybetańczycy wierzą w to niezachwianie. Na wszystkich polach spotyka się małe kamienne wieżyczki, w których pali się kadzidło i ustawia miseczki ofiarne, gdy tylko nadciąga niepogoda. Niektóre wioski posiadają nawet własnych „zaklinaczy pogody”. Są to mnisi, uważani za szczególnie biegłych w tej dziedzinie.
Rytuał polega na tym, że dmąc w wielkie muszle, mnisi wydobywają z nich wibrujące tony podobne do bicia dzwonów kościelnych, które czasem jeszcze słyszy się u nas w górskich wioskach, gdy nadciąga burza. Ale w Tybecie nie traktuje się burzy jako zjawiska fizycznego – wszystko to cuda, czary i wola bóstw...
Pewnego razu usłyszeliśmy na ten temat zabawną anegdotę z czasów Dalajlamy XIII. Miał on oczywiście osobistego wróżbitę i zaklinacza pogody. Był to największy wróżbita owych czasów. Do jego szczególnych obowiązków należało ochranianie przed burzami ogrodu przy letnim pałacu dalajlamy. Kiedyś zdarzyło się, że potężna burza gradowa zniszczyła wszystko – piękne kwiaty, dojrzewające jabłka i soczyste brzoskwinie. Zaklinacza wezwano przed oblicze żyjącego Buddy, który siedział zagniewany na tronie i, ujrzawszy przerażonego wróżbitę, zażądał by natychmiast dokonał on cudu, pod groźbą kary i zwolnienia z pracy!